SŁOWENIA 



SŁOWENIA NA SZYBKO – WRZESIEŃ 2025

Wrzesień 2025, weekendowy wyjazd zupełnie nieplanowany. Na ten termin miałem zaplanowane inne sprawy, ale jak to czasem bywa – wszystko się jakoś ułożyło. Zapowiadali piękną pogodę, a w rozmowie z żoną padło klasyczne pytanie: „Pewnie chciałbyś jeszcze gdzieś pojechać w tym roku?”. Odpowiedź mogła być tylko jedna – oczywiście, że tak. To miał być ostatni ciepły weekend w sezonie, więc decyzja zapadła szybko.

Zacząłem się zastanawiać, gdzie mogę wyskoczyć na kilka dni. Chciałem niedaleko, najlepiej w Alpach, bo mieszkam pod Wiedniem i nie miałem ochoty na długie przeloty. Wybór padł na Słowenię. Byłem tam już kilka razy z rodziną, kiedyś również motocyklem, ale tylko przejazdem, bez prawdziwego zwiedzania. Tym razem postanowiłem zrobić to inaczej.

Wymyśliłem sobie, że po raz pierwszy podczas takiego wyjazdu będę nocował w jednym miejscu i każdego dnia wracał do tej samej bazy. Słowenia jest niewielka, wszystko jest blisko, a od Wiednia do Lublany to raptem kilka godzin jazdy. Idealne miejsce na spokojne, ale intensywne jeżdżenie.

Zarezerwowałem nocleg przez internet w okolicach stolicy – Lublany.

Był to pierwszy weekend września. W czwartek po południu, zaraz po pracy, wsiadłem na motocykl i ruszyłem autostradą w stronę granicy ze Słowenią. Przekroczyłem ją w okolicach Logarskiej Doliny i wieczorem, już po zmroku, dotarłem na miejsce.

Nocleg znajdował się w przepięknej, małej wiosce niedaleko stolicy. Totalna cisza, spokój, żadnych samochodów, żadnego hałasu – dokładnie to, czego potrzebowałem. Mieszkanie u gospodarzy było w perfekcyjnym stanie: wszystko nowe, wyremontowane, zadbane, świetnie urządzone. Naprawdę bardzo dobre miejsce, które mogę polecić, chociaż trzeba uczciwie powiedzieć – Słowenia tania nie jest.

Za nocleg od piątku do poniedziałku, bo wziąłem sobie również wolny poniedziałek, zapłaciłem około 320 euro za pokój dwuosobowy. Jak na ten standard i lokalizację – było warto.


DZIEŃ PIERWSZY – LOGARSKA DOLINA I LJUBLANA


Poranek w dolinie
Wstaję wcześnie rano. Po odsłonięciu okna widzę… właściwie nic. Cała okolica spowita jest gęstą mgłą. Nocuję w dolinie, więc to zupełnie normalne, ale przez chwilę zastanawiam się, czy ta mgła siedzi tylko na dole, czy może również wysoko w górach. Mam nadzieję, że widoki jeszcze się dziś pokażą.

Spokojnie robię sobie śniadanie, piję kawę i bez pośpiechu szykuję się do wyjazdu. Kufry boczne zostają na miejscu – zabieram tylko centralny kufer z najpotrzebniejszymi rzeczami. To ogromny plus nocowania w jednym miejscu, nie muszę codziennie pakować całego motocykla.

Wyjazd i widok ponad chmurami
Ruszam w trasę. Dosłownie po kilku kilometrach, gdy zaczynam wspinać się serpentynami w górę, dzieje się coś niesamowitego. Wyjeżdżam ponad warstwę chmur i nagle przede mną otwiera się spektakularny widok. Mgła zostaje w dole, całe doliny przykryte są białym dywanem, a ja jadę wysoko, jakby nad chmurami. Słońce, czyste niebo i panorama gór – fenomenalny początek dnia i całego wyjazdu. Już wtedy wiem, że to będzie świetny dzień.

Plan na dziś – kierunek Logarska Dolina
Na dzisiaj mam konkretny plan, który wcześniej sobie rozpisałem. Jadę na północ, z powrotem w stronę granicy z Austrią, ale po drodze odbijam w prawo – moim głównym celem jest Logarska Dolina.

Jazda przez Logarską Dolinę
Wjeżdżam na trasę prowadzącą przez dolinę. Od samego początku robi ona ogromne wrażenie. Jestem w górach, dookoła lasy, zieleń, wysokie ściany skalne i cisza. Jadę powoli, delektując się drogą i widokami. W pewnym momencie zauważam na mapie trasę szutrową biegnącą obok asfaltu. To lekki off-road, więc decyduję się odbić. Jadę spokojnie, zatrzymuję się na kilku punktach widokowych i podziwiam dolinę z góry. Trasy GPX, jak zawsze, będą do pobrania pod filmem na YouTube i na blogu.

Po chwili wracam z powrotem na asfalt i robię sobie pętlę po całej dolinie. W końcu dojeżdżam do punktu poboru opłat za wjazd do Logarskiej Doliny. To miejsce robi niesamowite wrażenie – jedzie się prostą drogą, będąc na samym dnie doliny, a przed sobą ma się potężne, strome ściany gór, jakby wjeżdżało się prosto w ich paszczę.

Parking końcowy i wodospad
Dojeżdżam do parkingu końcowego, dalej już nie da się jechać. Jest tu mała kawiarnia, pamiątki, sporo turystów i motocyklistów. Widzę tablice z trasami pieszymi prowadzącymi w góry. Jednym z najpopularniejszych punktów jest wodospad. Zastanawiam się chwilę, czy iść, bo w górach panuje susza i nie byłem pewny, czy będzie tam woda. Ostatecznie zostawiam motocykl na parkingu i ruszam pieszo kamienistą ścieżką pod górę.

Po chwili dochodzę do wodospadu. Widok świetny – można podejść bardzo blisko, woda spada niemal na głowę. Obok znajduje się platforma widokowa. To naprawdę piękne miejsce i zdecydowanie warto tu podejść, będąc w Logarskiej Dolinie. Wszystko oczywiście możecie zobaczyć na filmie.

Przerwa w dzikim miejscu
Wracam do motocykla i ruszam w drogę powrotną. Jest już popołudnie i zaczynam robić się głodny. Na takich samotnych wyjazdach bardzo lubię proste przerwy w dzikich miejscach. Znajduję ławeczkę w lesie z pięknym widokiem. Siadam, robię kawę, wyciągam bułkę i kabanosa. Motocykl stoi obok, dookoła cisza i góry. To są dokładnie te chwile, dla których jeżdżę motocyklem.

Popołudnie w Lublanie
Zastanawiam się, co dalej. W planach mam jeszcze odwiedzić stolicę Słowenii – Lublanę. Decyduję, że jadę tam od razu w stroju motocyklowym. Bocznymi, bardzo przyjemnymi drogami dojeżdżam do miasta.

Lublana jest niewielka, ale bardzo urokliwa. Spaceruję po centrum, oglądam kamienice, mosty i wąskie uliczki. Tego dnia akurat rozgrywany jest mecz reprezentacji Słowenii, więc w mieście panuje spory ruch i dużo się dzieje. Trafiam też na targ z jedzeniem – mnóstwo budek, zapachów i ludzi. Kupuję coś do jedzenia, piję coś zimnego i po prostu chłonę atmosferę miasta.

Powrót na nocleg i zakończenie dnia
Po południu wracam do noclegu. Po drodze, ponieważ jest jeszcze jasno, zatrzymuję się na chwilę, siadam i odpoczywam. To był długi, intensywny dzień pełen widoków i wrażeń. Wieczorem już na spokojnie myślę o jutrzejszej trasie, bo następnego dnia czeka mnie miejsce, które uważam za jedno z najpiękniejszych nie tylko w Słowenii, ale w ogóle na całych Bałkanach.


DZIEŃ DRUGI – BLED, KRANJSKA GORA, MANGART I SOČA


Sobotni poranek
Dzień dobry, sobotni poranek. Podobnie jak dnia poprzedniego, śniadanie ogarniam na spokojnie w środku. Jem, piję kawę i szykuję się do drogi. Dziś zabieram już więcej rzeczy na mojego Tigera, bo plan na dzień jest konkretny i dość długi.

Wyjazd spod noclegu i szuter na start
Wyjeżdżając spod noclegu, od razu trafiam na drogę szutrową. Trwa remont – zerwany asfalt, wszędzie kamienie – ale mi to absolutnie nie przeszkadza. Jadę dalej przez las, spokojnie, bez pośpiechu.

Kierunek Bled – najsłynniejsze jezioro Słowenii
Pierwszym punktem na dziś jest chyba najsłynniejsze jezioro w Słowenii, czyli Jezioro Bled. Jadę pięknymi drogami bocznymi, bo tak zawsze planuję swoje trasy – maksymalnie omijać drogi główne. Do tego świetnie sprawdza mi się nawigacja Calimoto, którą bardzo lubię właśnie do takich wyjazdów.

Jeszcze przed południem dojeżdżam nad jezioro. Mała porada – w całej Słowenii parkingi dla motocyklistów są darmowe. Bez problemu można podjechać motocyklem praktycznie pod każde turystyczne miejsce i zaparkować tuż obok. Tak samo było tutaj – zaparkowałem motocykl przy samym jeziorze.

Spacer wokół Jeziora Bled
Jezioro Bled jest przepiękne. Nie jestem tu pierwszy raz, byłem już wcześniej z rodziną, ale za każdym razem robi ogromne wrażenie. Obchodzę jezioro, robię zdjęcia, siadam w kawiarni nad wodą i piję kawę. Tanio nie jest, ale to typowo turystyczne miejsce, więc trudno się dziwić. Zdecydowanie polecam każdemu, kto będzie w Słowenii.

Fenomenalna trasa do Kranjskiej Gory (nr.709)
Po chwili ruszam dalej, fenomenalną trasą w kierunku Kranjskiej Gory. Droga z Bled do Kranjskiej Gory to absolutny sztos – widoki są niesamowite, jazda czysta przyjemność. Cała Słowenia jest piękna, ale ten kraj naprawdę jest jednym z moich ulubionych, w jakich byłem motocyklem.

Rozczarowanie – zamknięta droga
Dojeżdżam do Kranjskiej Gory. Turystyczne, klimatyczne miasteczko, ale widzę tablicę informującą, że droga, którą chciałem dziś przejechać, jest zamknięta. tak zwana "Ruska droga". Szczerze? Jestem wkurzony, bo głównie dla tej drogi tu przyjechałem. Jechałem nią kilka lat temu motocyklem i bardzo chciałem powtórzyć ten przejazd.

Dojeżdżam do miejsca, gdzie stoją straż pożarna i policja. Pytam łamanym słoweńsko-polsko-niemiecko-angielskim, o co chodzi. Dostaję informację, że droga ma zostać otwarta po godzinie 14:00 – później okazuje się, że był tam wypadek.

Przerwa w Kranjskiej Gorze i spontaniczne spotkanie
Wracam więc do miasteczka. Siadam nad jeziorem, odpoczywam i chłonę klimat. To naprawdę piękne miejsce, bardzo polecam. Przypadkiem spotykam Polaków, którzy na co dzień mieszkają w Stanach Zjednoczonych. Przyjechali do Polski na urlop, są zachwyceni tym, jak Polska dziś wygląda, a teraz zwiedzają kolejne kraje Europy. Chwila rozmowy, bardzo fajne spotkanie.

Decyzja – jedziemy przez Włochy
Zamiast czekać dwie godziny na otwarcie drogi, podejmuję spontaniczną decyzję – jadę do Włoch i spróbuję wjechać na tę trasę od drugiej strony. Jak zawsze, trasy będziecie mieli podane pod filmem i tutaj również.

Nieplanowany wjazd do Włoch okazuje się strzałem w dziesiątkę. Po przekroczeniu granicy jadę kawałek dalej, odbijam w lewo i poruszam się wzdłuż granicy ze Słowenią, kierując się na inne przejście graniczne.

Lago del Predil i powrót do Słowenii
Po drodze zatrzymuję się na chwilę nad małym jeziorem Lago del Predil – byłem tu już kiedyś, więc robię krótką przerwę. Później zaczynam wspinać się serpentynami w górę i przekraczam granicę włosko-słoweńską właśnie w tej okolicy.

Zaraz po przekroczeniu granicy stoi tablica „Słowenia”, a przed nią rozciąga się widok, który uwielbiam – jeden z najlepszych w tym regionie Europy. Ta trasa jest absolutnie spektakularna i zachwyca dosłownie na każdym kilometrze.

Mangartska cesta – wisienka na torcie
Z tej drogi odbijam na Mangartską Cestę. Na początku jest lekki korek, bo jest już popołudnie i mnóstwo motocyklistów. Po opłaceniu wjazdu ruszam dalej. Kto nie był – naprawdę, musicie tu przyjechać. To jedno z najbardziej spektakularnych miejsc, jakie można przejechać motocyklem.

Odradzam jedynie osobom bardzo mało doświadczonym – droga jest wąska, pełna ciasnych zakrętów, miejscami przepaście są tuż obok. Widoki jednak dosłownie zapierają dech w piersiach. Byłem tu już drugi raz, ale zrobiło to na mnie jeszcze większe wrażenie niż za pierwszym.

Dojeżdżam na parking końcowy. Dużo turystów, dużo motocyklistów. Robię przerwę, spotykam kolejnych Polaków, w tym znajomego mieszkającego w Polsce niedaleko mnie. Okazuje się, że są na zlocie i również przyjechali tutaj w góry.

Siadam na skale, patrzę na te widoki, cisza, góry dookoła… jestem po prostu zachwycony. To miejsce jest fenomenalne.

Powrót innymi drogami i Ruska Droga
Niestety trzeba się zbierać. Zjeżdżam tą samą drogą w dół, jadę spokojnie, chłonąc wszystko dookoła.  Odbijam jeszcze na tzw. Ruską Drogę, czyli trasę budowaną przez rosyjskich jeńców wojennych. Droga miejscami wyłożona jest kostką brukową, więc bywa ślisko i trzeba uważać, ale jest przepiękna. Biegnie wzdłuż rzeki Soča, są miejsca na namioty, kampery, punkty widokowe i kaplica poświęcona poległym żołnierzom. To absolutny obowiązek, będąc w Słowenii.

Wieczór i podsumowanie dnia
Dojeżdżam ponownie w okolice Kranjskiej Gory i później już innymi drogami wracam w stronę noclegu. Zatrzymuję się co jakiś czas w fajnych miejscach.  Kierując się w stronę noclegu, znów wybieram trasę tak, żeby nie wracać tymi samymi drogami. Małe wioski, lasy, miejscami szuter – dokładnie to, co lubię najbardziej. Szczerze mówiąc - był to jeden z najlepszych dni motocyklowych w moim życiu.

Wyjechałem około 8 rano, wróciłem około 20 – dwanaście godzin jazdy. A mimo to zero zmęczenia. Czułem się, jakbym dopiero co wsiadł na motocykl. Fenomenalny dzień i niesamowite widoki na zakończenie.

Wieczorem siadam jeszcze z właścicielami noclegu na tarasie. Kilka godzin rozmów o Słowenii, podróżach i życiu. Bardzo mili ludzie. Po takim dniu pozostaje już tylko jedno – iść spać.


DZIEŃ TRZECI – JASKINIE, ZAMEK W SKALE I SŁOWEŃSKIE MORZE


Niedzielny poranek i plan na dzień
Niedziela, poranek jak zawsze bez zmian. Wstaję, ogarniam śniadanie i szykuję się do drogi. Plan na dziś mam konkretny i zaplanowany już wcześniej. To miejsce, które znalazłem w internecie i na które kupiłem bilet wstępu jeszcze przed wyjazdem, bezpośrednio na ich stronie. Przy zakupie trzeba wybrać dokładną godzinę wejścia, więc ustawiłem sobie poranny wyjazd tak, żeby na spokojnie zdążyć.

Droga do Postojnej Jamy
Wyruszam około godziny ósmej, a po mniej więcej godzinie jazdy od noclegu dojeżdżam na parking przy Postojnej Jamie. Już na miejscu widać, że to bardzo popularna atrakcja – dużo turystów, sklepiki z pamiątkami, spory ruch.

Postojna Jama – największa jaskinia w Europie
Wchodzimy do środka i… siadamy do specjalnego wagonika. Tak, do jaskini wjeżdża się kolejką, która zabiera turystów głęboko pod ziemię. Już sam wjazd robi ogromne wrażenie. Chłód, przestrzeń, skały i formacje, które od razu robią efekt „wow”.

Postojna Jama to największa jaskinia udostępniona turystycznie w Europie. Ma ponad 24 kilometry korytarzy, a zwiedzanie obejmuje zarówno przejazd kolejką, jak i spacer pieszy po podziemnych salach. W środku można zobaczyć ogromne stalaktyty i stalagmity, wielkie komory, podziemne hale i niesamowite formy skalne, które tworzyły się przez miliony lat. Całość jest bardzo dobrze oświetlona i przygotowana dla turystów.

Miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie – jest naprawdę piękne i unikalne. To jedna z tych atrakcji, które zdecydowanie warto zobaczyć będąc w Słowenii.

Po zwiedzaniu wracamy wagonikiem z powrotem na powierzchnię, a ja kieruję się na parking.

Zamek Predjama – twierdza wykuta w skale
Zaledwie kilka minut jazdy motocyklem od jaskini znajduje się kolejne niesamowite miejsce – Zamek Predjama. Dojeżdżam pod sam punkt widokowy. Tym razem nie wchodzę do środka, nie kupuję biletu, bo zwyczajnie zabrakłoby mi czasu, ale… cała magia tego miejsca i tak jest na zewnątrz.

Zamek dosłownie wbudowany jest w pionową ścianę skalną. Wygląda niesamowicie i bardzo surowo. Wiąże się z nim legenda rycerza Erazma z Predjamy, który ukrywał się tutaj przed swoimi wrogami. Dzięki tajnym tunelom w skale potrafił miesiącami unikać oblężenia, a zamek stał się symbolem sprytu i niezdobytej twierdzy.

Widok zamku wykutego w skale robi ogromne wrażenie i spokojnie wystarczy nawet bez wchodzenia do środka. Zdecydowanie warto się tu zatrzymać.

Kierunek morze – słoweńskie wybrzeże
Jaskinia i zamek zaliczone, więc czas na kolejny plan – jadę nad słoweńskie morze. Mało kto pamięta, że Słowenia ma dostęp do Adriatyku, co prawda niewielki, ale bardzo klimatyczny.

Po drodze zatrzymuję się jeszcze przy bardzo znanych jaskiniach Škocjanska Jama. Tym razem nie wchodzę do środka – zwyczajnie nie starczyłoby czasu na wszystko. Ale miejsce mam zapisane na przyszłość, bo widziałem zdjęcia i filmy, a znajomi, którzy tam byli, bardzo polecają.

Drogi w kierunku morza są już zupełnie inne – to nie są góry, więc nie ma aż tak spektakularnych widoków, ale jazda nadal jest przyjemna.

Piran – perła słoweńskiego wybrzeża
Dojeżdżam do miasteczka Piran. Już przy wjeździe są szlabany i opłaty za wjazd do centrum, ale motocykliści są kierowani bokiem – podobno wjazd dla motocykli jest darmowy. Tak też robię i wjeżdżam praktycznie do samego centrum.

Parkuję motocykl przy samej wodzie. Piran to bardzo klimatyczne, nadmorskie miasteczko z wąskimi uliczkami, placem głównym nad morzem i piękną starówką. Widać tu ogromne wpływy włoskie – architektura, kolorowe kamienice, knajpki i restauracje przypominają bardziej Chorwację albo Włochy niż alpejską Słowenię.

Spaceruję po rynku, uliczkach, chłonę klimat. Siadam na obiad w restauracji przy samym morzu – świetne miejsce, świetny widok i dobry moment, żeby trochę odpocząć.

To bardzo ładne i klimatyczne miasteczko. Jeśli będziecie w tych regionach, naprawdę polecam się tu zatrzymać.

Powrót inną trasą i spokojny wieczór
Po zwiedzaniu Piranu ruszam w drogę powrotną do noclegu. Oczywiście wybieram zupełnie inną trasę niż w drodze dojazdowej – jak zawsze planowaną przez Calimoto. Boczne drogi, zakręty, widoki – nawigacja znów mnie nie zawiodła.

Dojeżdżam wieczorem w okolice noclegu, ale jeszcze się nie spieszę. Niedaleko znajduje się stary młyn – bardzo klimatyczne miejsce. Zatrzymuję się tam na chwilę, siadam, odpoczywam i nagrywam nawet krótkie podsumowanie dnia do filmu.

Później już wracam na nocleg. Kładę się spać wcześniej, bo jutro ostatni dzień – dzień powrotu do domu.


DZIEŃ CZWARTY – POWRÓT PRZEZ SŁOWENIĘ DO AUSTRII


Pożegnanie i wyjazd w drogę
Poniedziałek, ostatni dzień wyjazdu. Rano żegnam się z przemiłymi właścicielami noclegu – naprawdę bardzo sympatyczni ludzie, aż szkoda wyjeżdżać. Pakuję motocykl i ruszam w drogę powrotną w stronę Wiednia. Trasę zaplanowałem oczywiście bez autostrad, bocznymi drogami, bo po drodze chcę jeszcze zaliczyć kilka mniejszych miejscowości i spokojnie zakończyć ten wyjazd.

Kamnik – średniowieczne miasteczko u stóp Alp
Pierwszym miasteczkiem, przez które przejeżdżam, jest Kamnik. To jedno z najstarszych miast w Słowenii, położone u podnóża Alp Kamnicko-Sawińskich. Bardzo klimatyczne miejsce z ładną starówką, wąskimi uliczkami i kolorowymi kamienicami. Widać tu spokojny, lokalny klimat – bez tłumów, bez pośpiechu. Idealne miejsce na krótki postój, kawę albo po prostu przejazd przez centrum i chłonięcie atmosfery.

Žalec – miasto chmielu i piwa
Jadąc dalej w stronę granicy z Austrią, zatrzymuję się w bardzo ciekawym miejscu – w miasteczku Žalec. To miasto znane przede wszystkim z tradycji piwowarskich i uprawy chmielu. W samym centrum, na rynku, znajduje się nietypowa atrakcja – fontanna piwa.
Działa to tak, że przy kasie płacicie określoną kwotę i dostajecie specjalny kufel z chipem. Następnie możecie podejść do fontanny i spróbować kilku różnych rodzajów lokalnych piw. Wszystko odbywa się w otoczeniu parku, gdzie można usiąść na ławce, zrelaksować się i spokojnie degustować piwo. Bardzo fajny, oryginalny pomysł i świetne miejsce na przerwę w trasie.

Slovenska Bistrica – spokojne zakończenie Słowenii
Ostatnim miejscem, które odwiedzam jeszcze po słoweńskiej stronie, jest Slovenska Bistrica. Niewielkie, spokojne miasteczko z zamkiem, parkiem i przyjemnym centrum. Idealne miejsce na chwilę odpoczynku przed przekroczeniem granicy. Bez turystycznego zgiełku, bardzo lokalny klimat.

Austria i powrót do domu
Po Slovenskiej Bistricy kieruję się już bezpośrednio w stronę granicy z Austrią. Po jej przekroczeniu nadal jadę bocznymi drogami, przez małe miejscowości i spokojne tereny. Dopiero około 60 kilometrów przed domem wjeżdżam na autostradę i stamtąd już szybki powrót do Wiednia.


PODSUMOWANIE WYJAZDU


To był świetny wyjazd. Przepiękna pogoda, zero deszczu, idealne warunki do jazdy. Słowenia zrobiła na mnie ogromne wrażenie – to małe, ale bardzo rozwinięte państwo, moim zdaniem jedno z najlepiej zorganizowanych i najbardziej zadbanych wśród krajów bałkańskich.

Jeśli ktoś z was jeszcze nie był w Słowenii, to szczerze polecam. A szczególnie:

  • góry słoweńskie,

  • Mangartska Cesta – dla mnie absolutny top,

  • Dolina Logarska,

  • Jezioro Bled,

  • Kranjska Gora,

  • ruska droga (Przełęcz Vršič),

  • dolina rzeki Soča.

To również świetny kraj tranzytowy – jadąc np. z Dolomitów do Polski, naprawdę warto odbić właśnie w te miejsca. Puste drogi, piękne widoki i fantastyczna jazda motocyklem.

Ja jestem zachwycony tym wyjazdem.

Dziękuję wam za przeczytanie całej relacji.
Jeśli macie jakiekolwiek pytania albo sugestie – piszcie śmiało.
Do zobaczenia i szerokości! 🏍️



Moje trasy GPX do pobrania poniżej

Slowenia Dzien 1 Gpx
Dane geograficzne – 23,5 KB 6 pobrań
Slowenia Dzien 2 Gpx
Dane geograficzne – 35,3 KB 4 pobrania
Slowenia Dzien 3 Gpx
Dane geograficzne – 27,2 KB 4 pobrania

Ocena: 0 gwiazdek
0 głosów