Bałkańska przygoda 2025: Niesamowite widoki i wspomnienia
Zapraszamy do śledzenia naszej bałkańskiej przygody 2025! Na tej stronie znajdziesz szczegółowy blog z opisem naszej wyprawy, galerię zdjęć i wrażenia z trasy. Dołącz do nas i poczuj klimat Bałkanów z R.M_motoADV!
CZERWIEC 2025 | WSTĘP
Ten wyjazd miałem w głowie dosłownie rok wcześniej. Jeszcze wtedy, kiedy jeździłem z Tomkiem po Rumunii, już myślałem o tym, gdzie pojedziemy z chłopakami w 2025 roku.
Od jakiegoś czasu mamy zresztą taką tradycję, że raz w roku ruszamy razem w dłuższą, około dziesięciodniową trasę. I tak było również tym razem.
Plan był w sumie prosty.
Czwartek – Boże Ciało, święto, wszyscy mamy wolne. Ale żeby maksymalnie wykorzystać czas, postanowiliśmy wyruszyć już w środę po południu, po pracy, około 16:00.
Dlaczego tak? Bo cała ekipa, którą zaraz Wam przedstawię, musiała się podzielić czasowo. Ja, Tomek i Piotrek mieliśmy 11 dni wolnego, natomiast Paweł i Mariusz musieli być już w niedzielę w domu, żeby w poniedziałek normalnie iść do pracy.
EKIPA I MOTOCYKLE
Skoro już jesteśmy przy ekipie, to szybkie przedstawienie:
Tomek jedzie na BMW F900 GS.
Piotrek na BMW F900 XR.
Mariusz na Yamasze Fazer FZ6, czyli na moim byłym motocyklu.
Paweł na Suzuki V-Strom DL1000.
No i ja – na Triumphie Tiger 900 Rally Pro.
Każdy motocykl inny, każdy styl jazdy trochę inny, ale właśnie to w takich wyjazdach jest najlepsze.
DZIEŃ WYJAZDU – START
Startujemy spod mojego garażu w Mödling, czyli okolice Wiednia, bo – tak jak już wspominałem – wszyscy mieszkamy na stałe w Austrii.
Wyjazd w środę po południu był zaplanowany specjalnie po to, żeby ten czas wycisnąć na maksa. Nocleg na Węgrzech miałem zarezerwowany już wcześniej przez Booking.
Trasa spokojna: najpierw autostrady w Austrii, później drogi lokalne na Węgrzech, bez spiny, bez kombinowania. Na miejsce dojechaliśmy już po zmroku, bardzo, bardzo szczęśliwi, że to się w końcu zaczęło.
WIECZÓR – TEN MOMENT
Szybki prysznic, a potem taras, zimne piwko, typowo męskie rozmowy i pierwsze przemyślenia. Co nas czeka? Jak potoczy się trasa? Co nas zaskoczy po drodze?
Ja w głowie miałem już ogólny plan – mniej więcej wiedziałem, gdzie chcemy jechać i w którą stronę. Ale jak to w takich wyjazdach bywa, rzeczywistość i przygoda wielokrotnie potrafią zaskoczyć. I właśnie to kocham w takich podróżach najbardziej – tę ciekawość, to uczucie, kiedy kładziesz się spać i myślisz tylko jedno:
„Ciekawe, co jutro…”
DZIEŃ DRUGI
Dzień drugi, czwartek zaczynamy spokojnie. Wstajemy rano, ogarniamy śniadanie, pakujemy swoje motocykle.
Nocowaliśmy w całym domu – duży, wygodny,dwie sypialnie, salon i spory ogród. Bardzo fajne miejsce i do tego niedrogie. Idealne na start takiej trasy.
Ale ja już od rana mam w głowie konkretny plan na dzisiaj.
Chcę, żebyśmy przejechali praktycznie całą Bośnię. To kraj, który podczas naszego wyjazdu zwiedziliśmy najmniej – tak naprawdę był to tylko przejazd.
Plan jest prosty, choć dość ambitny: około 515 kilometrów, tak żeby dojechać do Czarnogóry, w okolice Durmitoru, a konkretnie do Plužine. Zależało mi na tym, żeby w piątek – czyli następnego dnia – całą ekipą móc pojeździć po tych przepięknych górach.
PRZEJAZD PRZEZ BOŚNIĘ
Ruszamy. I szczerze? Trasa przez Bośnię tego dnia jest raczej nudna. Jedziemy przez wioski, miasteczka, co jakiś czas przerwa na tankowanie i oczywiście na bośniackiego kebaba. Kilometry lecą, słońce grzeje, a my po prostu robimy swoje i jedziemy dalej.
GRANICA I PIERWSZE „WOW”
Po południu dojeżdżamy w okolice granicy z Czarnogórą, w rejon Šćepan Polje. I powiem Wam szczerze – to jest moment, w którym zaczynają się prawdziwe widoki. Już po stronie czarnogórskiej jedziemy drogą M18, wzdłuż rzeki Pivy i kanionu Pivy.
To pierwszy raz podczas tej podróży, kiedy naprawdę zaczynamy chłonąć bałkańskie krajobrazy. Góry, woda, przestrzeń – coś pięknego.
Muszę jednak przyznać, że było już późne popołudnie, robiło się coraz bardziej pochmurno i zbierało się na deszcz. I to już był ten lekki dreszczyk emocji, bo wiedzieliśmy, co może nas czekać następnego dnia w górach.
NOCLEG NAD JEZIOREM PIVSKIM
Dojeżdżamy do noclegu, który zarezerwowaliśmy wcześniej podczas jednej z przerw, jeszcze po stronie Bośni. To jeden z domków szeregowych, położony na wzniesieniu,
z przepięknym widokiem na Jezioro Pivskie.
Motocyklami podjeżdżamy praktycznie pod same drzwi. Rozpakowujemy się, szybka kąpiel… ale zanim to wszystko, Tomek przynosi zimne piwo
z knajpki, która znajduje się tutaj. I powiem Wam jedno – po całym dniu jazdy, w upale i po przejechaniu około 515 kilometrów, takie piwo wchodzi jak złoto.
TEN WIECZÓR
Siadamy przy stoliku, na bujanych ławkach, z tym pięknym widokiem przed sobą. Zaczynają się męskie pogadanki, śmiech, wspomnienia z drogi i plany na kolejny dzień. Jest po prostu fajnie. Świetnie. Wręcz fenomenalnie. To są dokładnie te chwile, które pamięta się bardzo długo. W nocy dopada nas jeszcze deszcz, ale kompletnie nam to nie przeszkadza. Oby tylko nie padało jutro. Z tą myślą idziemy spać.
DZIEŃ TRZECI – DURMITOR
Dzień trzeci, piątek. Rano spokojne śniadanie – mieliśmy je zapewnione w cenie noclegu. Nocleg ogarnięty na dwie noce, bo plan był taki, że dziś latamy całą ekipą po Durmitorze, a wieczorem wracamy w to samo miejsce. Jemy śniadanie, pakujemy kufry, ale tylko to, co najpotrzebniejsze. Cała reszta zostaje w domku. Około 9:00 ruszamy.
PLAN NA DZISIAJ
Plan na dzisiejszy dzień miałem w głowie już dużo wcześniej, jeszcze będąc w domu. Wiedziałem jedno – droga P14 to podobno prawdziwa perła Czarnogóry. Sam jeszcze nigdy nią nie jechałem motocyklem. W Czarnogórze byłem już wcześniej, ale tylko na urlopie z rodziną, rok wcześniej nad Zatoką Kotorską. Dlatego tym razem pomyślałem, że zrobimy pętlę, ale tak, żeby P14 zostawić sobie na deser – na popołudniowy powrót. I powiem Wam szczerze – czasami zazdroszczę chłopakom tej niewiedzy. Oni nie wiedzą jeszcze, co ich czeka i mają przez to większą niespodziankę niż ja. Ja niestety wcześniej oglądam te miejsca w internecie, planuję, sprawdzam. Oczywiście na żywo to zawsze jest milion razy lepsze,
ale z drugiej strony… ja po prostu uwielbiam planować takie podróże. A największą frajdę mam wtedy, kiedy widzę, że chłopakom się to wszystko podoba.
DROGA W STRONĘ ŽABLJAKA
Ruszamy w stronę miejscowości Žabljak, ale – tak jak wspominałem – nie drogą P14, tylko mniejszymi, bocznymi drogami. Zresztą całą trasę GPX będziecie mieli do pobrania –
gdzieś tutaj na ekranie. Widoki są bajeczne. Ogromne przestrzenie, teren ułożony w taki nienaturalny sposób – jakby wielkie garby, pokryte trawą, z wystającymi skałami. Jedziemy powoli, cały czas rozmawiamy przez interkomy, delektujemy się drogą. Tym bardziej, że cała trasa na dziś to tylko około 160 kilometrów. I dokładnie tak miało być. Momentami droga jest bardzo wąska, ciasna, więc trzeba zachować ostrożność.
PARK DURMITOR I PIERWSZE PRZYSTANKI
W pewnym momencie stoi facet i pobiera opłatę za wjazd do Parku Narodowego Durmitor. 6 euro od motocykla.
Dojeżdżamy do jednego z punktów widokowych i robimy przerwę. Zdjęcia są po prostu bajeczne. Spotykamy też innych turystów, wszyscy robią fotki, każdy stoi i patrzy w ciszy. Na miejscu jest też lokalny sprzedawca z regionalnymi wyrobami – alkoholami i nie tylko. My też oczywiście zaopatrujemy się w co nieco i ruszamy dalej.
NIEPRZYJEMNY INCYDENT
I właśnie tutaj muszę powiedzieć o czymś, co bardzo zepsuło mi humor. Jechałem cały czas pierwszy, nawigowałem. Zauważyłem boczną drogę i zapytałem chłopaków przez interkom, czy zjedziemy sobie kawałek z asfaltu. Odpowiedź była: „OK, nie ma sprawy”. Zatrzymałem się i zacząłem nawracać. W tym momencie Tomek chciał mnie ominąć i zahaczył kierownicą o mój tylny kufer. Efekt – gleba. Ja kompletnie tego nie widziałem i w ogóle się tego nie spodziewałem. Na szczęście Tomkowi nic się nie stało, ale na nowym BMW pojawiła się drobna rysa.
I powiem Wam szczerze – w jednej sekundzie zeszła ze mnie cała radość. Ja już tak mam… bardzo to przeżywam, kiedy coś pójdzie nie tak. Ale cóż –trzeba jechać dalej.
ŽABLJAK I MOST NA TARZE
W trochę gorszym nastroju dojeżdżamy do Žabljaka i robimy krótką przerwę. Następny cel to most na rzece Tara. Będąc tam, pijemy kawę w knajpce i podejmujemy decyzję: po zwiedzeniu mostu idziemy na zipline, czyli zjazd tyrolką. Po krótkich negocjacjach i utargowaniu ceny zjeżdżamy po obu stronach mostu. Coś niesamowitego. Szczerze polecam każdemu, kto tu będzie.
POWRÓT – P5 I P14
Wracamy w stronę naszego noclegu, ale najpierw drogą P5, a potem wjeżdżamy na słynną P14. I tutaj już nigdzie się nie spieszymy. Podziwiamy widoki, mamy czas, zatrzymujemy się co chwilę, zjeżdżamy z asfaltu, robimy zdjęcia. To jest po prostu bajka. Jeziora, ogromne przestrzenie, drogi szutrowe.
Jedną z nich jedziemy naprawdę daleko w głąb, aż na końcu spotykamy pasterza, który macha do nas z daleka.
Jedna z najpiękniejszych dróg i miejsc, w jakich byłem. Szczerze – polecam z całego serca.
WIECZÓR W PLUŽINE
Niestety, powoli zbliżamy się w stronę domków, choć bardzo chciałbym, żeby ta droga się nigdy nie kończyła. Zaczyna się też zbierać na deszcz, więc ubieramy przeciwdeszczówki. Na szczęście tylko lekko kropi. Jesteśmy bardzo głodni, więc decydujemy, że prosto z trasy jedziemy do knajpy w Plužine, a dopiero potem wracamy do domku. Trafiamy do świetnej restauracji i zamawiamy płyty bałkańskich mięs – różne rodzaje, frytki, ziemniaki, sałatki. Niebo w gębie. Uwielbiam bałkańską kuchnię. Po pysznym i bardzo obfitym obiedzie wracamy do domu. Prysznic, zimne piwo i pogawędki do późnych godzin. Bo niestety jutro rozstajemy się z Pawłem i Mariuszem. Dzień był świetny. Góry bajeczne. I wiem jedno –
jeszcze tam wrócę.
DZIEŃ CZWARTY – ROZSTANIE I KIERUNEK ALBANIA
Kolejny dzień – sobota. Rano jemy śniadanie, przygotowane jak poprzednio przez właścicielkę obiektu. Kawa, uśmiechy, bujane ławeczki i ostatnie chwile w komplecie.
Bo za moment… niestety się rozstajemy. Szkoda, naprawdę szkoda. Bardzo żałowałem, że musimy się rozjechać, ale takie życie. Paweł i Mariusz muszą wracać do domu. Przed nimi cała sobota i niedziela jazdy przez Bośnię do Austrii. Bez autostrad, bocznymi drogami i – jak się później okaże – z kilkoma małymi niespodziankami. Trasa, którą im zaplanowaliśmy, prowadziła ich dość długo przez szutry, lasy, i w pewnym momencie obawiali się, czy w ogóle z tego wyjadą. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i dali radę.
ROZSTANIE
My około 9:20, po pożegnaniu, ruszamy dalej. Kierunek: Albania.
CZARNOGÓRA INACZEJ – MAŁE DROGI
Nie chciałem jechać tą samą drogą co wczoraj, więc wybieramy małe, wąskie dróżki, pełne ostrych zakrętów, prowadzące przez góry północnej Czarnogóry w stronę Albanii. Trasę planowałem wcześniej, ale szczerze mówiąc nie byłem do końca pewny, jak to będzie wyglądać. Na mapach zero zdjęć, zero podglądu. Momentami było bardzo wąsko, miejscami dość stromo, ale widoki… przepiękne. Plan był taki, żeby pojechać północą Czarnogóry, a wracać później południem, tak żeby nie powtarzać tych samych dróg i zrobić taką fajną bałkańską pętlę.
Drugi powód był jeszcze prostszy – chciałem wjechać do Albanii od północy, żeby od razu trafić na słynną trasę SH20.
PIERWSZE SZUTRY I MAŁE PRZYGODY
Po drodze, jeszcze w Czarnogórze, zaczynają się małe niespodzianki. Koniec asfaltu. Szuter. I to nie ostatni tego dnia. Spotykamy motocyklistów z Polski, a chwilę później… koparkę,
która właśnie robi przejazd, usypując drogę z kamieni. Na szczęście nie trwało to długo i mogliśmy jechać dalej. Pierwsze szutry tego wyjazdu, ale – jak się później okaże –zdecydowanie nie ostatnie.
GRANICA I ALBANIA
Dojeżdżamy do małego przejścia granicznego między Czarnogórą a Albanią. Wjeżdżamy na SH20, od północy w kierunku południa. Na granicy szybka kontrola: dowód osobisty, dowód rejestracyjny i bez żadnych problemów jedziemy dalej.
SH20 – BAŁKAŃSKA PETARDA
Po drodze zatrzymujemy się w restauracji, bo jesteśmy strasznie głodni. Zamawiamy albańskie specjały – baranina, lokalne dania. Pyszne. I ruszamy dalej. Jedziemy jedną z najpiękniejszych dróg na Bałkanach. Góry, lasy, soczysta zieleń, widoki absolutnie niesamowite. Prawie cały czas jadę na stojąco, rozglądam się na boki i chłonę ten krajobraz. Jeśli ktoś jeszcze nie jechał SH20 – naprawdę, musicie to zrobić.
Zatrzymujemy się co chwilę: przy rzekach, na punktach widokowych, robimy zdjęcia, filmy. Jedziemy powoli, delektując się tą przyrodą. Słowami nie da się tego opisać. Nawet film nie oddaje tego, co widzi ludzkie oko na żywo.
Podczas jednej z przerw spotykamy motocyklistów z różnych krajów. Rozmowy, wymiana doświadczeń, opowieści o przygodach. To są właśnie te momenty, dla których się jeździ.
JEZIORO SZKODERSKIE I NOCLEG MARZEŃ
W końcu dojeżdżamy nad Jezioro Szkoderskie. Wcześniej znaleźliśmy w internecie nocleg, który po zdjęciach wyglądał bardzo dobrze. Nie rezerwujemy go – po prostu jedziemy na miejsce.
Znajduje się niedaleko miasta Szkodra. Po drodze wjeżdżamy na chwilę w dość nieciekawy region – kto widział cygańskie wioski na Słowacji, ten wie, o czym mówię. Ale po chwili wszystko się zmienia. Wjeżdżamy do miejscowości Shirokë, dojeżdżam według mapy pod wskazany adres. Wychodzi starszy pan. Pokazuję mu na mapie, że szukamy noclegu. On mówi, że to właśnie u niego. Otwiera dużą bramę i… ukazuje się przepiękny widok na Jezioro Szkoderskie. Basen. Zadbany teren. Piękny domek. To był jeden z najlepszych noclegów, jak nie najlepszy, podczas całego wyjazdu. Link oczywiście znajdziecie poniżej – szczerze polecam.
IDEALNE ZAKOŃCZENIE DNIA
Parkujemy motocykle dosłownie pod drzwiami. Mamy dla siebie całe mieszkanie. Prysznic i po całym dniu jazdy idziemy na basen. Zimne piwko, pływanie z widokiem na jezioro, cisza, spokój… Po prostu bajka. A potem już tylko sen, bo jutro kolejny dzień przygody. To był naprawdę wspaniały dzień.
DZIEŃ PIĄTY – NIEDZIELA THETH I DROGA DO KOMAN
PORANEK NAD JEZIOREM SZKODERSKIM
Kolejny dzień – niedziela. Rano jemy śniadanie. Nocleg kosztował nas 50 euro za trzech, razem ze śniadaniem, więc uważam, że to bardzo dobra cena jak na takie standardy. Był to czerwiec 2025. Pakujemy się i ruszamy dalej. Wyjeżdżając znad Jeziora Szkoderskiego, kierujemy się w stronę drogi SH21. Plan na dziś jest prosty – dojechać kolejną piękną trasą do słynnej wioski Theth.
DROGA SH21 I PIERWSZE WRAŻENIA
Przy wjeździe na trasę robimy jeszcze szybkie zakupy u lokalnych sprzedawców przy drodze. Kupujemy owoce i ruszamy dalej. Od samego początku widzimy przed sobą wysokie, potężne góry, w których kierunku jedziemy. Krajobraz robi się coraz bardziej surowy i coraz piękniejszy. Po drodze mijamy duży hotel po lewej stronie, a po prawej rozstawione budki. Przez interkomy żartujemy, że pewnie będzie tu jakaś impreza – nie wiedząc jeszcze, że niedługo faktycznie tam trafimy.
PUNKTY WIDOKOWE I SPOTKANIA W GÓRACH
Jedziemy coraz wyżej. Co jakiś czas pojawiają się punkty widokowe. Na jednym z nich zatrzymujemy się na dłużej i spotykamy motocyklistów ze Słowacji. Jeden z nich opowiada, że jeździł motocyklem po Mongolii, Rosji i Syberii aż pod granicę z Chinami. Szczerze mówiąc – bardzo mu zazdrościłem. To jedno z moich największych marzeń: pojechać kiedyś motocyklem do Chin i wrócić. Po chwili dojeżdżają chłopaki z Polski, którzy również prowadzą kanał na YouTubie. Zamieniamy kilka słów i ruszamy dalej w stronę Theth.
THEHT – PIĘKNE MIEJSCE, ALE…
Docieramy na sam szczyt. Widoki są niesamowite. Zaczynamy zjazd w dół w stronę Theth i po pewnym czasie jesteśmy na miejscu. I tu muszę powiedzieć szczerze – mam mieszane uczucia. Cała droga dojazdowa jest już wyasfaltowana. Kiedyś, oglądając relacje, widziałem tu szutry i dziką, trudno dostępną wioskę. Dziś asfalt sprawił, że pojawiły się autobusy, restauracje, hotele i mnóstwo turystów. Moim zdaniem trochę zabiło to klimat tego miejsca. Oczywiście Theth nadal leży w przepięknym otoczeniu gór, ale ilość ludzi sprawiła, że byłem lekko rozczarowany. Wypiliśmy kawę, zrobiliśmy krótką przerwę i ruszamy z powrotem.
POWRÓT Z GÓR I MAŁA SYTUACJA
Wracamy tą samą asfaltową drogą, ponieważ Piotrek ma motocykl nieprzystosowany do jazdy po szutrach. Po drodze znów zatrzymujemy się wysoko w górach. W pewnym momencie podchodzi do mnie turysta i prosi, żebym przewiózł go kawałek motocyklem. Nie było to zbyt mądre, bo jechał bez kasku, ale przejechaliśmy dosłownie około 200 metrów bardzo powoli. Oczywiście wszystko nagrywał telefonem – relacja na Instagrama musiała być :)
ŚWIĘTO PASTERZY – NIESPODZIANKA DNIA
Jedziemy dalej i w miejscu, o którym wspominałem wcześniej, słyszymy głośną muzykę. Widzimy dużo ludzi w tradycyjnych albańskich strojach. Zatrzymujemy się i idziemy zobaczyć, co się dzieje. Okazuje się, że trafiliśmy na lokalne święto pasterzy – stroje ludowe, muzyka, lokalne jedzenie i niesamowita atmosfera. Przypadkowo trafić na coś takiego w obcym kraju to coś wyjątkowego. Jeden z tych momentów, które zapamiętuje się na bardzo długo. Na filmie możecie zobaczyć dokładnie, jak to wyglądało.
DROGI SH25 I SH5 – ALBANIA W PEŁNEJ KRASIE
Ruszamy dalej. Najpierw w stronę jeziora, a później odbijamy na drogę SH25 w kierunku miasteczka Koman. Po drodze na chwilę wjeżdżamy też na SH5 – obie trasy są niesamowite. W Albanii w górach praktycznie wszędzie widoki są bajeczne. Nawet kiedy droga miejscami jest w złym stanie, zupełnie nam to nie przeszkadza – wszystko wynagradzają krajobrazy.
KIERUNEK KOMAN – PROM I NOCLEG
Im bliżej Koman, tym gorsza nawierzchnia, ale humory dopisują. Spotykamy motocyklistów z Austrii – wszyscy jadą w tym samym kierunku, bo następnego dnia czeka nas przeprawa promem po rzece Drin. Dojeżdżamy do Koman bez noclegu i bez biletu na prom, co trochę mnie stresowało. Zatrzymujemy się jednak w pierwszej lepszej restauracji i po krótkiej rozmowie właściciel ogarnia nam zarówno nocleg, jak i bilety na prom na następny dzień.
WIECZÓR W MOTOCYKLOWYM TOWARZYSTWIE
Nocleg jest dość prosty, stare mieszkanie, ale restauracja z dużym, zadaszonym ogrodem tworzy świetny klimat. Spotykamy tam motocyklistów z Polski, polskie rodziny na wakacjach oraz ekipę z Niemiec, która jeździ offroadowo po Europie. Jemy, rozmawiamy, śmiejemy się i siedzimy przy zimnym piwie praktycznie do pierwszej w nocy. Wszyscy następnego dnia płyniemy tym samym promem.
ZAPOWIEDŹ KOLEJNEGO DNIA
Przed nami przeprawa promowa Koman–Fierze po rzece Drin – nie tylko środek transportu, ale jedna z największych atrakcji Albanii. Bardzo chciałem to przeżyć. Ale o tym… już w kolejnym dniu.
DZIEŃ SZÓSTY – PROM, GÓRY I KOSOWO
PORANEK I PROM W KOMAN
Tak jak wspominałem, kolejnego dnia rano płacimy za domek – również 50 euro za trzy osoby ze śniadaniem. Po śniadaniu ruszamy na prom, który znajduje się dosłownie 3 minuty od miejsca noclegu. Za prom płacimy 32 euro od motocykla z osobą. Jesteśmy na miejscu, zaczyna się załadunek. Jeden z kilku promów, cały proces trwa dość długo, bo jest bardzo dużo samochodów, ludzi i motocyklistów. Wygląda to naprawdę ciekawie – możecie to zobaczyć dokładnie na moim filmie.
My znajdujemy sobie miejsce na górze i obserwujemy cały ten harmider. Obsługa promu jest bardzo dobrze zorganizowana, widać, że robią to codziennie. Samochody, busy i motocykle są upychane dosłownie co do centymetra, z dokładnością do kilku centymetrów. W końcu ruszamy.
REJS PO DRINIE – INNY ŚWIAT
Płyniemy.
Szczerze mówiąc – ciężko to opisać słowami. Polecam po prostu zobaczyć to na filmie. Widoki są niesamowite, jak zresztą w całej Albanii. Płynąc tą rzeką, ma się wrażenie, że jest się w zupełnie innym świecie. Wysokie szczyty górskie po obu stronach, zieleń, krystalicznie czysta woda obok nas. Mijamy barki, drugi prom, małe łódki, serpentyny wykute wysoko w skałach nad naszymi głowami. Coś absolutnie niesamowitego.
Jedyna rzecz, która niestety trochę psuje ten obraz, to ilość śmieci w wodzie. W tak pięknym i bajecznym miejscu naprawdę trudno to zrozumieć. Niestety w Albanii jest to dość powszechne – śmieci na drogach, poboczach, w rzekach. Szkoda, bo kraj jest przepiękny.
Po około trzech godzinach dopływamy do Fierze.
GÓRSKIE DROGI SH22 I DYLEMAT Z TRASĄ
Po dopłynięciu ruszamy dalej w góry. Naszym celem jest miasteczko Kukës. Zastanawiałem się wcześniej, którą drogę wybrać – SH23 albo SH22, a później odbić na SH5. Ostatecznie decyduję się na SH22, nie wiedząc jeszcze, czy to będzie dobry wybór. Ale przynajmniej mam pretekst, żeby kiedyś wrócić i przejechać SH23, której jeszcze nie widziałem.
I znowu muszę się powtarzać – SH22 jest niesamowita. Już od samego wyjazdu z Fierze zaczynamy wspinać się serpentynami w górę. Na samej górze zatrzymujemy się na punkcie widokowym z panoramą na ogromną tamę elektrowni wodnej – jedną z największych, a może i największą w Albanii. Widoki są bajeczne.
Podczas postoju orientujemy się jednak, że mamy mało paliwa, a przed nami góry i brak stacji benzynowych. Decydujemy się więc wrócić do Fierze, zatankować motocykle i zrobić szybkie zakupy w lokalnym sklepiku. Po chwili wracamy z powrotem na trasę.
ALBAŃSKIE GÓRY – KONTRASTY I EMOCJE
I znowu… szczęka opada. Widoki są niesamowite. Szczyty górskie, przepaście, serpentyny przed nami i za nami. Góry raz są zielone, pełne drzew i krzewów, a po chwili krajobraz zmienia się jak na Marsie – czerwone skały, surowa pustka, zero zieleni. Skały nad głową, przepaść po drugiej stronie drogi. Jedziemy powoli – i ze względów bezpieczeństwa, i po to, żeby chłonąć wszystko dookoła.
Jadąc tą trasą, dojeżdżamy do Kukës. Przez miasto przejeżdżamy mostem nad rzeką Drin, mając ją po lewej stronie, i kierujemy się dalej w stronę kolejnego miejsca.
GRANICA Z KOSOWEM
Kolejny punkt na trasie to Kosowo – kraj, a raczej miejsce, bo jak pewnie wiecie, nie jest on uznawany przez wszystkich, szczególnie przez Serbię. Ale to temat na zupełnie inną historię.
Na granicy nie wiemy, czego się spodziewać. Albańczycy sprawdzają dokumenty i każą nam zjechać zaraz za granicą pod budkę, gdzie musimy wykupić jakieś ubezpieczenie.(10€) Podobno jest to obowiązkowa opłata przy wjeździe do Kosowa. Załatwiamy formalności i jedziemy dalej.
AUTOSTRADA… Z KROWAMI
Jedziemy czymś, co wygląda jak autostrada – dwa pasy, barierki pośrodku. Po chwili widzimy jednak… krowy na drodze. Zaraz potem konie. Trochę śmieszna, ale też niebezpieczna sytuacja – trzeba uważać.
Dojeżdżamy do miasteczka Prizren. Nie wiedząc, czego się spodziewać, mówimy: zatrzymajmy się, zobaczymy co to za miejsce, coś zjemy i poszukamy noclegu. Plan był taki, żeby jechać dalej na północ i skręcić w stronę Macedonii, ale plany szybko się zmieniają.
PRIZREN – POZYTYWNE ZASKOCZENIE
Prizren okazuje się przepięknym miasteczkiem. Turystyczne, klimatyczne, wjeżdżamy motocyklami praktycznie do samego centrum. Kamienna kostka, restauracje, rzeka, mosty – naprawdę coś pięknego. Wszystkim polecam to miejsce.
Zostawiamy motocykle, idziemy do restauracji i zamawiamy zestawy bałkańskie – różnego rodzaju mięsa. Jak zawsze – uwielbiam bałkańską kuchnię. Jedzenie było po prostu rewelacyjne.
Tak bardzo spodobało nam się to miejsce, że zaczynamy szukać noclegu. Znajdujemy na Bookingu całe piętro domu jednorodzinnego do wynajęcia, bardzo tanio. Rezerwujemy bez zastanowienia.
WIECZÓR W PRIZRENIE
Jedziemy pod wskazany adres. Właściciele – bardzo miłe małżeństwo – udostępniają nam całe piętro: trzy pokoje, salon, duży balkon, około 150 metrów kwadratowych. Super warunki.
Po rozpakowaniu się, kąpieli i krótkim odpoczynku, wieczorem – już po zmroku – wracamy do miasta. Prizren nocą wygląda jeszcze lepiej. Spacerujemy, chłoniemy klimat, siedzimy chwilę w centrum.
Kosowo bardzo nas zaskoczyło, szczególnie Tomka, który był najbardziej sceptycznie nastawiony do wjazdu do tego kraju. Obawiał się, a ostatecznie był bardzo mile zaskoczony.
ZAPOWIEDŹ KOLEJNEGO DNIA
Wracamy na nocleg.
Kolejnego dnia celem jest następne państwo – Macedonia. Kolejna flaga na kufer. Jak wiecie, lub nie, mam taką tradycję, że zbieram naklejki z flagami państw, do których wjeżdżam. W Kosowie akurat wtedy nie przykleiłem flagi, bo nie miałem jej ze sobą, ale po powrocie ogarnąłem temat – już jest na kufrze.
Dobra…
idziemy spać.
DZIEŃ SIÓDMY – ZIELONA GRANICA, I JEZIORO OCHRYDZKIE
PORANEK W PRIZRENIE
Następnego dnia rano, znów mamy nocleg ze śniadaniem. Państwo, u których nocowaliśmy, przygotowali nam je w ogrodzie. Rozmawiamy głównie po niemiecku, bo kiedyś pracowali w Niemczech i bardzo dobrze znają język. Jak zawsze spokojny poranek, pakowanie motocykli i ruszamy dalej – tak jak mówiłem, kierunek Macedonia.
ZMIANA PLANU I SZUKANIE PRZYGODY
Wszystkie nawigacje pokazywały, żeby jechać na północ i przejechać przez granicę Głobočica, ale jak to ja… zawsze szukam przygody. Dodatkowo chciałem jeszcze podczas tego wyjazdu zahaczyć o Grecję. Zauważyłem więc na mapie szybszą trasę z Prizrenu na południe, przez góry, bez nadkładania drogi. Nawigacja nie do końca chciała nas tamtędy prowadzić, ale pomyślałem: skoro jest trasa na mapie, to musi tam być jakaś droga. No i pojechaliśmy.
Jak się później okazało… była.
GÓRY, WIOSKI I ASFALT, KTÓRY ZNIKA
Jedziemy na południe, korzystając z map offline w GPS-ie – i od razu powiem: nie polecam powtarzać tego, co my zrobiliśmy. Widoki były piękne: ogromne, puste przestrzenie, zieleń, cisza, pojedyncze wioski, domy pobudowane na stromych skarpach. Bardzo ostre zakręty, miejscami kostka brukowa, śliska i wymagająca skupienia.
Po drodze zatrzymujemy się kilka razy w miejscach z przepięknymi widokami – ogromne przestrzenie robią wrażenie. Niestety znów to samo: śmieci. Tankujemy jeszcze po drodze i pytamy miejscowego, czy na pewno dojedziemy tą trasą do Macedonii. Mówi, że tak – więc jedziemy dalej.
Droga prowadzi przez totalne pustkowia, mijamy pasące się krowy i pasterzy. W końcu… asfalt się urywa. Przed nami flaga Kosowa, a niżej jakaś mała chatka. Myślimy: może to granica. Zjeżdżamy.
OFFROAD I „ZIELONA GRANICA”
Piotrek jedzie na BMW F900XR, motocyklu kompletnie nieprzystosowanym do takich dróg, ale daje radę. Mijamy budkę – okazuje się, że to opuszczony dom. Jedziemy dalej. Trasa wygląda jak z filmów przyrodniczych: obok płynie płytka rzeczka, dookoła góry, dziko, pięknie. Co jakiś czas przejeżdżamy przez wodę, przecinając strumień. Jest niesamowicie.
Według mapy jesteśmy już na terenie Macedonii Północnej, ale nie ma nigdzie oficjalnej granicy. Jedziemy kilka kilometrów po dużych kamieniach – zaczynam się martwić o koła, szczególnie u Piotrka, bo ma aluminiowe felgi.
I w końcu – budynek. Na środku stoi samochód terenowy, wygląda jak wojskowy. Wychodzą pogranicznicy.
SPOTKANIE Z POGRANICZNIKAMI
Biorą dokumenty i pytają:
„Co wy tu robicie? Nie wolno wam tu wjeżdżać. To zielona granica, tylko dla mieszkańców.”
Mówią, że jesteśmy nielegalnie, że nie możemy jechać dalej i że musimy się cofnąć. Tylko jak? Pod górę, po szutrach, kamieniach? Nie ma szans. Siadamy obok na ławce i zaczynamy dyskutować, co robić. Przez chwilę myślimy nawet, czy nie da się ich jakoś uprosić.
Po chwili jeden z nich wraca i zaczyna spokojnie tłumaczyć, że możemy mieć problemy na kolejnych granicach, bo nie wjechaliśmy do Macedonii oficjalnie. Ale rozmowa się rozluźnia. Okazuje się, że ma znajomych pracujących w Austrii, zna nawet Tomka. Od słowa do słowa atmosfera robi się coraz luźniejsza.
Robimy wspólne selfie, dostajemy od nich wodę i ciastka. Nie chcą żadnych pieniędzy. I w końcu… puszczają nas dalej.
Świetna przygoda – chociaż na początku wcale nie było wesoło.
KURZ, MYJNIA I AWARIA BMW
Jedziemy dalej po szutrach w potężnym kurzu. Nigdy w życiu nie byłem tak brudny na motocyklu. Jechałem jako ostatni, więc dostałem wszystko, co było w powietrzu. Gdy w końcu wyjeżdżamy na asfalt, mówię: szukamy myjni, bo wstyd tak jechać dalej.
Myjemy motocykle i wtedy okazuje się, że u Piotrka w BMW padł wyświetlacz TFT. Po myciu zaczyna śmierdzieć elektroniką. Przez chwilę mamy czarne myśli – że może to instalacja, że utkniemy tu na długo. Na szczęście okazuje się, że padł tylko wyświetlacz. Piotrek jedzie dalej, ale bez jakichkolwiek informacji przed sobą.
MACEDOŃSKIE WIOSKI I JEZIORO OCHRYDZKIE
Jedziemy dalej bocznymi, krętymi drogami na południe, zahaczając o małe wioski. Co jakiś czas drogę blokuje nam mnóstwo zwierząt – krów, owiec. Cały urok takich miejsc.
W końcu dojeżdżamy do Strugi, nad Jezioro Ochrydzkie. Znajdujemy piękną restaurację nad samym jeziorem. Jemy obiad, odpoczywamy i zastanawiamy się nad noclegiem. Ale zanim to – chcę jeszcze wjechać na punkt widokowy.
PUNKT WIDOKOWY NAD JEZIOREM
Po obiedzie jedziemy wzdłuż jeziora i w pewnym momencie skręcamy na serpentyny. Wjazd płatny – 5 euro. Wyjeżdżamy na sam szczyt. Widok na Jezioro Ochrydzkie jest po prostu obłędny. Robimy kilka zdjęć i ruszamy dalej w dół, w stronę drugiego jeziora, a potem… znowu do Albanii.
POWRÓT DO ALBANII I NOCLEG W KORÇË
Na granicy lekki stres – czy nas wpuszczą, czy nie będzie problemów po tej przygodzie z zieloną granicą. Na szczęście sprawdzają tylko dowody osobiste i wjeżdżamy bez problemu.
Myślałem, że tego dnia dojedziemy jeszcze do Grecji, ale jest już późno. Szukamy więc noclegu w Albanii. Jedziemy drogą SH79 w stronę miejscowości Korçë. W mieście znajduję w internecie jeden z najtańszych noclegów podczas całego wyjazdu – całe piętro w domu rodzinnym: trzy duże pokoje, salon, taras. Bardzo fajne miejsce.
Właściciele – przemili starsi państwo. Pan nawet specjalnie pojechał do sklepu i przywiózł nam zimne piwo. Cena? 44 euro za trzech, ze śniadaniem.
Siedzimy, rozmawiamy do późna o trasie, o dzisiejszej przygodzie i o tym, co dalej.
A jutro… kierunek Grecja 🇬🇷🏍️
DZIEŃ ÓSMY – GRECJA, GÓRY PINDOS I MORZE JOŃSKIE
PORANEK W KORÇË
Rano jemy śniadanie na balkonie, przygotowane przez gospodynię. Piękna pogoda na zewnątrz – zresztą jak codziennie, przez cały wyjazd bez deszczu. Pakujemy motocykle i bez zbędnej zwłoki ruszamy drogą SH75, kierując się na południe w stronę granicy z Grecją. Widoki, jak to w Albanii w górach – bajka. Świetny asfalt, mnóstwo zakrętów, ogromne przestrzenie i góry widoczne z daleka. Zdecydowanie polecam tę trasę.
DROGA PEŁNA ZWIERZĄT I GRANICA Z GRECJĄ
Naszym celem na dziś jest wjazd do Grecji, czyli najbardziej oddalony punkt całej wyprawy od domu. Po drodze spotykamy mnóstwo zwierząt – krowy, konie, owce, które swobodnie chodzą po drodze, czasem całkowicie ją blokując. Trzeba się zatrzymać, poczekać, ale to wszystko tworzy niesamowity klimat tej trasy.
W końcu dojeżdżamy do małego przejścia granicznego z Grecją. Wjeżdżamy do Unii Europejskiej i co ciekawe – po raz pierwszy i jednocześnie ostatni podczas całego wyjazdu ktoś sprawdza nam zielone karty motocykli. I robią to właśnie Grecy. Wszystko jednak przebiega bez problemów i wjeżdżamy do Grecji.
GÓRY PINDOS I DROGA DO PAPINGO
Naszym celem jest miejsce, które od dawna chciałem zobaczyć, a które znalazłem kiedyś w internecie – Papingo. Niestety nie mamy czasu, żeby jechać głębiej w Grecję, bo jeszcze tego samego dnia musimy wracać w stronę Albanii. To jest najdalej wysunięty punkt całego wyjazdu. Jesteśmy w górach Pindos.
Droga prowadzi przez niesamowicie klimatyczne wioski – stare, kamienne, o bardzo charakterystycznej zabudowie. Przepiękne kamieniczki, wąskie uliczki, wszystko wygląda jak z innej epoki. Zatrzymujemy się przy krystalicznie czystym jeziorze z zabytkowym kamiennym mostem, który możecie zobaczyć na filmie. Widoki są obłędne.
PAPINGO – KAMIENNA OSADA U STÓP GÓR
W końcu dojeżdżamy do Papingo – a dokładniej do Papingo Megalo i Papingo Mikro. To miejsce najlepiej zobaczyć na filmie, bo słowami trudno oddać jego klimat. Wioska charakteryzuje się unikalną, tradycyjną architekturą – wszystkie domy, płoty i ścieżki zbudowane są z szarego, lokalnego kamienia i pokryte łupkowymi dachami. Dzięki temu idealnie wtapia się w surowy, górski krajobraz.
Papingo leży u stóp potężnych formacji skalnych, które górują nad całą okolicą. Jest to jedna z głównych baz wypadowych do eksploracji wąwozu Vikos. To miejsce dla osób szukających ciszy, autentyczności, trekkingu i ucieczki od komercyjnych nadmorskich kurortów. Jednym słowem – kamienna osada zawieszona u stóp majestatycznych gór.
KAWA, SŁODKOŚCI I POWRÓT
Spacerujemy po wiosce, chłoniemy klimat, zatrzymujemy się w restauracji na kawę i coś słodkiego. Siedzimy chwilę, odpoczywamy i ruszamy w drogę powrotną. Zjeżdżamy serpentynami przez greckie góry, kierując się na południe, w stronę morza i ponownie w stronę Albanii.
GRECKA KUCHNIA NAD MORZEM
Będąc w Grecji, nie mogliśmy sobie odpuścić lokalnej kuchni. Udaje nam się znaleźć świetną restaurację przy samym morzu, jeszcze przed granicą albańską. Motocykle parkujemy dosłownie metr od brzegu. Lokalny sprzedawca pokazuje nam świeżo złowione ryby – wybieramy kilka różnych rodzajów, grillowanych na miejscu. Jemy, delektując się widokiem morza. To był idealny moment tego dnia.
POWRÓT DO ALBANII I POŁUDNIOWE WYBRZEŻE
Po obiedzie wracamy do Albanii. Czeka nas jeszcze mała przeprawa przez rzekę – niewielkim promem. Jedziemy dalej drogą SH8, wzdłuż samej wody. Przejeżdżamy przez bardzo popularne albańskie miejscowości turystyczne, takie jak Ksamil. Trasa jest piękna, ale ruch ogromny i strasznie gorąco.
SARANDA – PIĘKNIE, ALE NIE DLA MNIE
Dojeżdżamy w końcu do Sarandy. I powiem szczerze – to anie jest miejsce dla mnie. Ogromna ilość hoteli, bardzo ciasno, praktycznie brak parkingów, balkony jeden na drugim. Trochę żałowaliśmy, że zarezerwowaliśmy tu nocleg. Z jednej strony fajnie – hotel przy samym morzu i po raz pierwszy podczas całego wyjazdu w końcu kąpiemy się w morzu, co było świetne. Z drugiej strony miasto jest ekstremalnie zatłoczone.
Widać, jak bardzo Albania rozwija się turystycznie – szczególnie południe kraju. Wszędzie nowe hotele, budowy, infrastruktura. To robi wrażenie, ale nie do końca w moim stylu.
WIECZÓR NAD MORZEM I PLANY NA JUTRO
Po kąpieli wracamy do hotelu, odpoczywamy i idziemy spać. Jutro ruszamy dalej – tym razem już na dobre w kierunku domu, prowadząc trasę w stronę Czarnogóry.
DZIEŃ DZIEWIĄTY – POWRÓT W STRONĘ CZARNOGÓRY
PORANEK I UCIECZKA Z SARANDY
Jest już czwartek, czyli ponad tydzień jesteśmy w trasie. Po śniadaniu pakujemy motocykle i ruszamy z ogromnie zatłoczonej Sarandy. Wyjazd z miasta trochę nam zajmuje, ale po chwili w końcu wydostajemy się na otwartą przestrzeń i wjeżdżamy na piękną nadmorską trasę.
ALBAŃSKIE WYBRZEŻE – PIĘKNE, ALE ZMIENIAJĄCE SIĘ
Jedziemy wzdłuż morza, a widoki są niesamowite – turkusowa woda, plaże, nowe kurorty, mnóstwo hoteli i apartamentów. Albania bardzo mocno się tutaj rozwija. Widać, że powstają całe nowe miasta od zera – równają teren, kują skały, usypują plaże i stawiają wszystko od podstaw: hotele, drogi, sklepy, restauracje.
Osobiście, jeśli miałbym polecać Albanię na urlop, to raczej małe miejscowości, a nie duże zatłoczone miasta. Poza miastami jazda jest po prostu bajeczna.
SERPENTYNY I JAZDA IDEALNA
Po drodze wjeżdżamy na serpentyny z pięknymi widokami. Asfalt nowy, w perfekcyjnym stanie, mnóstwo zakrętów – dokładnie taki klimat, jaki lubimy najbardziej. Poza miastami Albania daje ogromną frajdę z jazdy i bardzo przypomina nam to, co najbardziej cenimy.
CHAOS NA DROGACH – ALBAŃSKA CODZIENNOŚĆ
Niestety w pewnym momencie mylimy drogę i wjeżdżamy w bardzo ciasne i ruchliwe miasto. I tutaj kilka słów o albańskiej jeździe – to jest totalny chaos. Każdy jedzie, jak chce, pasów praktycznie nie ma, ronda działają na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Na środku ronda facet handluje owocami, inni zatrzymują się na zakupy i tamują ruch, ktoś stoi na środku drogi i rozmawia z kolegą.
Dla nas to był lekki szok, ale jednocześnie przygoda. Śmiejemy się cały czas przez interkomy, bo co innego nam zostaje. Najgorsze jest to, że stoimy w korku, a temperatura pokazuje 42 stopnie. Jakoś dajemy radę i na szczęście wyjeżdżamy z miasta bez żadnych przygód.
NUDNY PRZELOT I CEL – CZARNOGÓRA
Dalej trasa w kierunku Czarnogóry robi się niestety nudna – długie, proste odcinki, bez większych widoków. Trzeba to po prostu przetrwać. Po całym dniu w upale dojeżdżamy w końcu w okolice granicy z Czarnogórą, ponownie mijając Jezioro Szkoderskie.
DROGA P16 – WIDOKI WRACAJĄ
Za granicą wjeżdżamy na drogę P16. Jest wąsko, ciasno, asfalt momentami kiepskiej jakości, ale po prawej stronie mamy przepaść i potężny widok na Jezioro Szkoderskie. Punkty widokowe są co chwilę, więc regularnie się zatrzymujemy na zdjęcia i krótkie przerwy.
Przejeżdżamy przez małe wioski, standardowo drogę blokują nam barany, krowy, owce i konie. Ale to są właśnie Bałkany – i to nam się najbardziej podoba.
VIRPAZAR I IDEALNY NOCLEG
Robi się coraz ciemniej, bo cały dzień zeszedł nam w upale i korkach, ale chcemy dojechać do Virpazaru. W centrum miasteczka zaczepia nas facet z propozycją noclegu, ale jest ciasno, w samym centrum i bez parkingu, więc odpuszczamy.
Na szybko znajdujemy w internecie drewniany domek na obrzeżach miasteczka. Okazuje się strzałem w dziesiątkę – cały domek z ogrodem tylko dla nas, motocykle stoją przed wejściem, a do tego śniadanie w cenie. Jedno z najlepszych miejsc noclegowych na trasie.
WIECZÓR I PLANY NA JUTRO
Po prysznicu jedziemy jeszcze do centrum Virpazaru na kolację, do knajpy polecanej przez wszystkich i podobno odwiedzanej przez Makłowicza. Jedzenie – takie sobie, może ryby byłyby lepszym wyborem, ale nie o to chodzi. Wracamy do domku, odpoczywamy i kładziemy się spać.
Jutro przed nami jedno z najpiękniejszych miejsc na całych Bałkanach – Zatoka Kotorska.
OSTATNIE DNI W DRODZE – ZATOKA KOTORSKA, ADRIATYK I POWRÓT
PORANEK W GÓRACH CZARNOGÓRY
W piątek standardowo po śniadaniu pakujemy motocykle i ruszamy wąskimi drogami przez góry – dokładnie tak, jak lubimy. Jedziemy spokojnie, delektując się widokami, kierując się w stronę Kotoru, ale plan jest taki, żeby wjechać tam od północy i zjechać do miasta oryginalnymi serpentynami, czyli słynnymi Serpentynami Kotorskimi.
Najpierw jednak wbijamy na trasę P1, prowadzącą przez Park Narodowy Lovćen. Chciałem objechać ten park dookoła, bo jest tam przepięknie, ale niestety nie mamy już na to czasu – musimy wrócić do domu zgodnie z planem. Zostawiamy więc Lovćen na następny raz.
SERPENTYNY KOTORSKIE – WIDOK, KTÓREGO SIĘ NIE ZAPOMINA
Jadąc drogą P1, robimy sporo krótkich przerw na podziwianie widoków, aż w końcu dojeżdżamy do miejsca, gdzie zaczynają się serpentyny. Znajduje się tam świetna restauracja z tarasem widokowym. Można zamówić kawę albo coś zimnego i siedząc na tarasie, patrzeć na spektakularną panoramę Zatoki Kotorskiej.
My bierzemy coś do picia i schodzimy trochę niżej, na platformę widokową. Inni turyści robią nam kilka zdjęć. To miejsce jest absolutnie wyjątkowe. Jeśli ktoś z was planuje wyjazd na Bałkany – proszę, nie omijajcie tego punktu. Ja byłem tu już dwa lata wcześniej z żoną i córkami na urlopie, spaliśmy wtedy w hotelu przy samej wodzie. Kotor i okolice są świetne zarówno na wakacje, jak i na trasę motocyklową.
ZJAZD DO KOTORU – EMOCJE I KORKI
Zjeżdżamy w dół serpentynami, ale jest już południe i ruch robi się ogromny. Najlepiej przyjechać tu wcześnie rano – wtedy będziecie sami. My niestety stoimy w korku. Dwa samochody osobowe ledwo się mijają, a do tego autobusy. Przeciskamy się między nimi – wszystko możecie zobaczyć na filmie.
W końcu po dłuższym czasie zjeżdżamy do Kotoru. Trzeba tu mieć trochę doświadczenia na motocyklu – agrafki są bardzo ciasne, serpentyny wąskie, zdecydowanie nie polecam początkującym. Ale widoki… takie, które zostają w głowie na zawsze.
KOTOR I OBJAZD ZATOKI
Sam Kotor tylko przejeżdżamy, ale to niesamowite miasto. Szczerze polecam zatrzymać się tu na dłużej, pochodzić wąskimi uliczkami między kamiennymi kamienicami albo zostać na noc. Bajka.
My objeżdżamy całą Zatokę Kotorską. Jedziemy cały czas przy samej wodzie – obok plaże, potężne statki wycieczkowe, hotele i restauracje. Duży plus Czarnogóry to to, że można płacić w euro i jest zdecydowanie taniej niż w zachodnich krajach Europy.
GRANICA I CHORWACKA MAGISTRALA ADRIATYCKA
Na granicy robi się korek, ale objeżdżamy go bokiem i wszystko idzie dość sprawnie. Upał niemiłosierny, ale humory dopisują. Wjeżdżamy do Chorwacji i trafiamy na jedną z najsłynniejszych dróg widokowych – D8, czyli Magistralę Adriatycką.
Kilka lat temu jechaliśmy nią z chłopakami w przeciwnym kierunku, teraz mijamy po drodze przepiękny Dubrownik i zatrzymujemy się dalej w restauracji przy samym morzu na obiad.
DECYZJA: JESZCZE DALEJ I DZIEŃ BEZ MOTOCYKLI
Siedząc w restauracji, zastanawiamy się, co dalej i gdzie szukać noclegu. W pewnym momencie rzucam pomysł – jedźmy jeszcze kawałek dalej, tyle ile damy radę, znajdźmy nocleg nad morzem i całą sobotę zróbmy sobie dzień bez motocykli. Plaża, pływanie, zimne piwo.
I tak też robimy. Dojeżdżamy w okolice Trogiru, gdzie trafiamy na kemping o bardzo wysokim standardzie – baseny, restauracje, prywatna plaża. Wynajmujemy cały domek dla siebie. Cena wysoka – 247 euro za dwie noce, ale trudno. Czasem warto.
RESET NAD MORZEM
Jest już wieczór. Mamy domek z dwiema sypialniami, salonem i tarasem. Jeszcze tego samego dnia idziemy popływać w morzu. Sobota mija nam w całości na plaży, w morzu i na basenie. Totalny reset. Spokój, słońce, odpoczynek. Dokładnie tego nam było trzeba.
Ta decyzja ma jednak swoje konsekwencje – wiemy, że w niedzielę czeka nas powrót do domu autostradą, około 700 kilometrów. Ale nie żałujemy ani przez chwilę. Było warto.
POWRÓT DO DOMU
W niedzielę ostatniego trzynastego dnia wracamy do domu – cały czas autostradą, bez atrakcji, bez widoków. Ale z głową pełną wspomnień i z uczuciem, że to była jedna z najlepszych motocyklowych wypraw, jakie zrobiliśmy.
PODSUMOWANIE WYPRAWY
Bałkany w czerwcu 2025 to był dokładnie taki wyjazd, jakie kochamy najbardziej – wolność, przygoda, piękne widoki i codzienna niepewność, co przyniesie jutro. Przez kilka dni przejechaliśmy kawał Europy: Węgry, Bośnię, Czarnogórę, Macedonię Północną, Kosovo, Albanię, Grecję i Chorwację. Były długie przeloty, górskie serpentyny, szutry, zielone granice, upał, kurz, morze, góry i momenty, które zostaną z nami na bardzo długo.
Zaczynaliśmy w pięciu, a kończyliśmy w trzech, co zawsze zmienia dynamikę wyprawy, ale nie odbiera jej klimatu – wręcz przeciwnie. Były przygody nieplanowane, stresujące chwile, śmiech w interkomach, lokalne jedzenie, zimne piwo po całym dniu jazdy i totalny reset nad Adriatykiem. Zatoka Kotorska, greckie góry Pindos, albańskie drogi SH20, SH21, Theth, Koman, serpentyny Kotoru i ostatnie dni nad morzem – wszystko złożyło się w jedną niesamowitą całość.
Koszty, trasa, dokładne przygody i dużo więcej szczegółów znajdziecie w filmach na YouTube, który widzicie pod spodem. Jest też galeria zdjęć oraz dodatkowe informacje.
Jeśli macie pytania, sugestie albo planujecie podobny wyjazd – piszcie śmiało.
Na sam koniec wielkie dzięki dla chłopaków za wspólną przygodę – za kilometry, cierpliwość, śmiech w interkomach i wsparcie w trudniejszych momentach. Oby to nie była ostatnia taka wyprawa, bo Bałkany jeszcze długo będą nas wołać.
A Wy dajcie znać w komentarzach, jak Wam się podobało – chętnie poczytam Wasze opinie i doświadczenia.
Do zobaczenia na kolejnej trasie! 🏍️✌️